O Jonaszu Sternie

Mój profesor {Jonasz Stern} jest jeszcze wśród nas choć nie cieszy się dobrym zdrowiem, cieszy się dużą popularnością i uznaniem jako artysta wysokiej klasy, człowiek o szerokim sercu, awangardowych, nowatorskich poglądach na sztukę. A znany był jako pedagog
z liberalnego podejścia do studentów, uznawania ich własnej drogi poszukiwań formalnych
i formułowania poprzez konkret obrazów i na jego podstawie własnej filozofii twórczej. Można by się spierać czy to nie zbytek wolności i wyrozumiałości pedagogicznej zważywszy, iż dotyczyło to studentów od drugiego roku studiów. Wszystkie te formalne filozoficzne poszukiwania studentów sprowadzały się przeważnie do sprowadzania martwej natury czy aktu do kształtów bardziej abstrakcyjnych poprzez takie czy inne uproszczenia. Szczególnym uznaniem profesora cieszyli się ci, którzy ignorując wszelkie studium wychodzili od razu
z propozycją gotowych form abstrakcyjnych, oraz śmiałych rozwiązań kolorystycznych
i często strukturalnych, mających niestety swoje wyraźne pierwowzory w niezbyt odległej
w czasie, sztuce takiego czy innego artysty o światowej sławie, w swoim czasie awangardowego, czyli artysty otwierającego nowe możliwości sztuki w ogóle (malarstwo
w szczególności). Profesor zdawał się nie dostrzegać tych bliskich podobieństw. Przeciwnie, chwalił za śmiałość myśli, świeżość zestawień koloru, oryginalność środków warsztatowych. Jednej rzeczy Profesor nie lubił! Nie lubił rzetelnego studium z natury. Nie pochwalał wysiłków wiernego kopiowania ustawionej martwej natury, czy pozującej modelki z zastosowaniem kolorów lokalnych występujących w przedstawionym obiekcie. Trzeba przyznać, że bardzo często te zestawienia koloru draperii z kolorem ciała modelki, prawie zawsze bez jakichkolwiek elementów dodatkowych, nie były w stanie poruszyć emocjonalnie nikogo ze studentów na tyle, by stać się powodem do tworzenia dzieła. A wierne studium nie wypadało ciekawie i nie mogło zadowolić Profesora.
Profesor nie lubił realizmu. Określenie „realiści” brzmiało w jego ustach pogardliwie. Zresztą dotyczyło ono tylko jednej osoby w pracowni to znaczy mnie. Na przeglądach w pracowni Profesor po kolejnych korektach i ocenie przedstawianych mu obrazów kolegów, do których ustosunkowywał się przeważnie pozytywnie, odzywał się tymi słowy: „A teraz ci realiści”, co oznaczało, ze i ja mam pokazać swoje obrazy. Były to przeważnie bardziej lub mniej udane próby studium modela, wysiłki podpatrywania anatomii ciała ludzkiego lub kształtów
i wzajemnych stosunków przedmiotów użytych do martwej natury. Próby znalezienia zależności kolorystycznych pomiędzy sąsiadującymi ze sobą płaszczyznami koloru lokalnego. Jednym słowem drętwy akademizm, który powinien być przeze mnie załatwiony grubo przed studiami w Akademii, bo na takie drobiazgi w Akademii już nie powinno poświęcać się czasu. Akademia stała się już kuźnią awangardy, czyli dużo się w tym względzie zmieniło. Sam nie wiedziałem jeszcze, ze do tych elementarnych podstawowych problemów w malarstwie będę powracał jeszcze długo po ukończeniu Akademii. Że długo jeszcze, zwłaszcza w trudnych okresach w malarstwie, będę zadawał sobie te elementarne pytania.
I poszukiwał na nie odpowiedzi, w cale nie teoretycznie, ale w pracy przy sztalugach. Nie uświadamiałem sobie, że tak robiło przede mną wielu, osiągając często oryginalne rozwiązania, wytyczając niekiedy nowe ścieżki w sztuce.

wstecz