Szedłem pieszo. Wieczór. Najpierw ulica Pstrowskiego, potem skręciłem, przeszedłem na wąską uliczkę Zamojskiego. Drzewa. Delikatne różowo-ugrowe chmurki wokół księżyca. Drzewa, nagie konary, gałęzie rysują niebo, przecinają księżyc. Z mroków ulicy wyłania się kościół parafialny św. Józefa. Górna część kościoła w świetle latarni i księżyca. Na wieży zegar czas liczy po swojemu. Przecinam Rynek Podgórski do Rękawki. Ulica pusta, za chwile po prawej nie ma już domów. Wysoka skarpa Krzemionek porośnięta drzewami. Nad nimi lub w nich księżyc. Już jest nad kościółkiem na Krzemionkach ukrytym wśród krzaków, patrząc tu z dołu. Obok stare akacje. Mijam kolejno miejsca, które w czasie trwania takich chwil albo rysowałem zapominając, że płynie czas, albo kontemplowałem odkładając na „zawsze” do świata moich wspomnień. Wychodzę na Wielicką. To tu, za szkołą zaraz. Idąc tak, o godzinie drugiej w nocy, rysowałem w zapamiętaniu tę skarpę kamieniołomu uwieńczoną strzechą kwitnących wtedy bzów. A dwóch milicjantów asystowało mi krążąc w pewnej odległości. Było tak pięknie, ze nawet nie przeszkadzała mi ich obecność (jeden z tych rysunków (zrobiłem dwa) wybrałem potem na wystawę). Mijam skrzyżowanie z Płaszowską. Patrząc w drugą stronę od wylotu Płaszowskiej jest znowu cudowny tajemniczy widok. Cmentarz Podgórski stary, obecnie w połowie rozebrany pod budowę drogi i przez to nagłe urwanie się drzew, starych kaplic, pomników i przejście w płaski teren z pozostawiona jeszcze w połowie rozebraną na nim kaplicą tworzy pejzaż na poły symboliczno-romantyczny. Nawet ta duża brama w koronie drzew. (Fotografowałem kiedyś ten motyw). Ale już wiadukt, kilka małych domków i dom. Mam ochotę jeszcze na spacer. Pod pozorem kupna leków wymykam się w noc. Kładę się do łóżka z notatnikiem oraz książką Andre Gide „Lochy Watykanu” (mam na to jeszcze ochotę). Zapadam w lekturę.